16 Październik 1944r

Historia EW250-L

Historia sierżanta Pithera

Historia uratowania sierżanta Pithera i udzielonej mu pomocy przez żołnierzy AK

Mała, wiejska, stuletnia chata, kryta słomianym dachem, ze sterczącym szczerbatym kominem nad kalenicą wieńczącą głęboki strych wypełniony z reguły sianem, była miejscem, gdzie toczyły się opisane poniżej zdarzenia. Wieńczyła ona od drogi czworokąt podwórza, zamkniętego po lewej stronie płotem ze sztachet,  wrotami wjazdowymi i furtką. Przed nią ogródek kwiatowy z wchodzącą w okno herbacianą różą, kolorowymi floksami, malwami i innymi kwiatami wzdłuż białych ścian, nad którymi po lewej stronie frontowego wejścia piętrzyła się grusza witania i jabłoń antonówka. Dalej był wysoki parkan przylegający do chaty i do nowo budowanej ceglanej stajni i obory od zachodu, od północy stały stodoła i wozownia, zaś od wschodu obejście sąsiada. Sama chata posiadała dwie izby, podzielone obszerną sienią ze schodami na strych. Po prawej stronie była dwuokienna izba zajmowana przez rodzinę gospodarza Jana Jańca, z klepiskiem ziemnym i zabudowanym w niej piecem chlebowym oraz grzewczym, zwanym „cyganem”, a po lewej tzw. ”biała izba” z drewnianą podłogą, zajmowana przez seniorkę rodu Mariannę Janiec z mieszkającym u niej synem Mieczysławem, który powrócił z wojny, oraz z córką Heleną Rutą i jej dziećmi, Ryszardem i Jadwigą, ewakuowanymi z Różana nad Narwią.

Opisana powyżej zagroda była od pokoleń siedzibą rodziny Makuchów, a potem Jańców, wywodzących się z wolnych Kmieciów w królewskiej wsi Kocina, mieszkających na połaci o nazwie Podkamienna. Wieś, ta ze stojącym na wzgórzu kościółkiem z XV w., była położona przy starym trakcie wiodącym ze Śląska przez Charsznicę, Skalbmierz, Krzyż, Nowy Korczyn do Połańca i Sandomierza, zwanym także, od okresu walk Legionów pod Czarkowami, traktem marszałka Piłsudskiego. Teren pagórkowaty, na którym ta wieś osiadła, rozdzielały obszerne łany Pol dworskich, majątku rodziny Posłowskich i Rostworowskich mieszkających w Czarkowach i Krzczonowie. Teren ten, poprzecinany głębokimi wąwozami wyżłobionymi w lessowej żyznej ziemi, w otoczeniu pól i łąk nad potokiem Bełczek wpadającym do rzeki Nidy, stwarzał malowniczy obraz wsi ludnej naówczas zamieszkałej przez urodzonych tu mieszkańców oraz przybyłych w te strony do rodzin mieszkańców miast, a także przez wysiedloną z terenów wcielonych do Rzeszy ludność polską i ewakuowanych ze Wschodu. Stacjonowały tu też w tym czasie cofające się pod naporem Armii Czerwonej wojska okupanta.

W takie miejsce trafił zrządzeniem przychylnego dla niego losu „gość z obłoków”. Było to późnym wieczorem 16 października 1944r. W takie to ciemne, bezksiężycowe, ale lotne noce startowały z Brindisi we Włoszech samoloty RAF z pomocą dla walczącej Warszawy. Uśpionych mieszkańców wioski obudził głośny warkot przeciążonych samolotów toczących walkę powietrzną, strzały oraz wybuchy naziemne i pożar. Wybiegliśmy z łóżek w nocnych koszulach, aby popatrzeć co się dzieje. Wujkowie komentowali to między sobą:”Ale ich wymacali”- bo w kierunku, z którego grzmiały wybuchy i pożar, zlokalizowane były baterie artylerii Wehrmachtu, okopane na stanowiskach, oraz podziemne bunkry wypełnione wojskiem.

Nagle usłyszeliśmy tupot nóg, wyłoniły się z ciemności postacie i goniec zameldował „Lotowi” :- „Panie komendancie, mamy zrzutka- lotnika, który wylądował na spadochronie, jest poraniony i osłabły. Został zatrzymany na skraju wsi Widłaki.”

„Helu, gotuj wodę”- polecił mojej mamie wuj Mieczysław Janiec „Lot”, dowódca miejscowego Oddziału Kedywu AK „Dominika-Kasia”, naciągając w pośpiechu ubranie i podążając za gońcem. „Będziemy tu za parę minut, ściągnijcie sanitariuszkę Ocię”. Moja mama zakrzątnęła się i za chwilę buzował na kuchni ogień, podtrzymywany przez moją siostrę Jadwigę. Myto naczynia, dezynfekowano wrzątkiem miednicę, na stole znalazła się apteczka. „Narzuć coś na siebie i oświetl sień od podwórza”- poleciła mi mama, wręczając latarnię do ręki. Za chwilę idą nasi, pochyleni, niosąc kogoś na krzesełku utworzonym z rąk. Cofając się do sieni, a równocześnie świecąc, zobaczyłem wysoką postać lotnika zalanego krwią z kontuzjowanej głowy i rąk, w kombinezonie, ale bez butów, w łapciach (mesztach) na chwiejących się nogach. Mała szamotanina w sieni, bo drzwi do chaty są niskie i trzeba się było pochylić.

„Matko Boska, Przenajświętsza Panienko, trzymajcie go, bo upadnie”- usłyszałem głos babci Jańcowej, która zerwała się ze swojej leżanki. „Wody, bo mdleje”. Jeszcze w sieni ktoś chlusnął wodą. Podtrzymywany wstał. Wysoki blondyn, głowa prawie pod belką sufitu, zakrwawione czoło i ręce. Cały czas tłumaczył i mówił nieznanym nam językiem. Anglik, mówią za niego, wylądował około pół godziny temu nad wawrowickim Trzyńcem, doszedł do skraju wsi, kierując się łuną pożaru. Posadzony na krześle, trzęsącymi, zakrwawionymi rękami sięgnął po dokumenty, które miał w kieszeniach munduru znajdującego się pod kombinezonem i ocieplaczem, wyciągnął pistolet, metalowe lusterko, grzebień i inne drobiazgi, fotografię, w tym swojej matki i stos papierowych pieniędzy. „I am English”- „Jestem Anglikiem”. „I am from this plane”- Jestem z tego samolotu”, który miał wylądować na dworskim ściernisku. Nie wylądował- palił się lecąc i wybuchł podczas lądowania na polach folwarku Krzczonów k. Pińczowa. W tym czasie nie było nam to jeszcze wiadome.

Moja mama z przybyłą sanitariuszką „Ocią” zakrzątnęły się, próbując zatamować wypływającą z ran czoła, twarzy i rąk lotnika krew. Użyto wody utlenionej i tamponów, lecz ranny lotnik ponownie zemdlał. Zakładano uciskające opaski i bandaże, które momentalnie czerwieniły się krwią. „On żyje, rusza się”- krzyknęliśmy z siostrą Jadwigą, wciśnięci w kąt leżanki za łóżkiem. Zabandażowano rany, a nasza mama postawiła przed przytomnym już lotnikiem szklankę mocnej herbaty z cukrem i konfiturami. „Gość z obłoków”, osłabły i przemoczony, dostał typowej febry termicznej i strasznie nim trzęsło. „Siadaj, spokojnie, spokojnie, nic złego się nie dzieje”- uspokajał go wuj Mieczysław, chowając za siebie, do kieszeni, wyłożony na stół pistolet. Chwila odprężenia- w kręgu światła lampy naftowej widać dobrze siedzące przy stole postacie, w tym lotnika, na którego skierowany jest wzrok wszystkich. Łamanym głosem i gestami tłumaczył nam, że Polacy, których spotkał na lotnisku we Włoszech, mówili im, że gdyby kiedykolwiek znaleźli się w Polsce, mają powiedzieć, że są lotnikami z Anglii. „English”- „Anglik”. „An English airman”- mówcie wyraźnie, a dostaniecie natychmiastową pomoc i obronę przed wrogiem. Oni, Polacy, tak mówili, weseli to byli chłopcy. Śpiewali: „Oczy czarne, włosy czarne, usta koralowe”- cytował słowa zasłyszanej polskiej piosenki, a on jest Anglikiem, czy my wiemy, rozumiemy? Wuj Mieczysław, nasza mama i wszyscy inni obecni w mieszkaniu potakiwaliśmy, że tak, rozumiemy, co mówi, kim jest. Ma przecież na sobie stalowy mundur polowy „battle-dress”, z baretkami odznaczeń, symbolami Royal Air Force na kołnierzu i dystynkcjami sierżanta na rękawach.

Zmęczenie, herbata z malinami i otoczenie przyjaznych mu ludzi, w tym dzieci, robiło swoje, powoli uspokajał się, ale rany krwawiły, szczególnie na głowie. Zdecydowano ściągnąć lekarza i siostrę instrumentariuszkę z majątku pp. Grubkowskich, z sąsiedniej wsi Kamienna. Wybrał się tam niezwłocznie wuj Mieczysław, zlecając „Sękowi” obstawę domu i czuwanie z patrolem na zewnątrz. Mama uporządkowała mieszkanie i z drugim wujkiem Janem ukryła kombinezon, wyłożone przez lotnika i rzeczy osobiste, babcia zaś widząc,że on się trzęsie i jest mu zimno, okryła go wyciągniętą z szafy kraciastą chustką, stanowiącą część jej paradnego krakowskiego stroju, który w tamtych czasach nosiły od święta wiejskie kobiety. Lekarza w tym czasie nie było, ale przybyła z wujkiem, z walizeczką lekarstw i narzędzi siostra Ela, wyjęła lotnikowi z ran odłamki pocisku, a spod skóry odłamki szkła powodujące krwawienie. Siostra znała częściowo język angielski. Nocny gość, sierżant Peter Rogers przedstawił się i opowiedział „what happened”- co się stało podczas lotu.

Samolot Liberator B24J rys. Adam Jarkiewicz

Byli już nad Polską, za Cieszynem, gdzieś w okolicach Krakowa, kiedy to lecący z lewej strony klucza czteromotorowy Liberator, należący do 111 skrzydła RAF operującego z lotniska w Brindisi, z załogą z południowej Afryki, został zaatakowany przez Focke- Wolfa 190, z grupy nocnych myśliwców niemieckich. Stoczyli z nim walkę. Sierżant Peter Rogers, będąc strzelcem KM, zajmował stanowisko w ogonie samolotu. W czasie walki został ranny. Uszkodzony też został ich samolot. Jeden z silników zapalił się. Pilot zapikował w dół ugasić pożar. Po chwili Peter usłyszał w „intercomie” głos squadron-leadera- dowódcy ich samolotu, który oznajmił, że za 5 minut lądują. Wyrzucili race oświetlające i ujrzeli pod sobą rozległe pole ścierniska dworskiego. Samolot zatoczył krąg, wolno się wznosząc i ustawiając pod wiatr do lądowania. Nagły wstrząs, zakołysanie samolotu, po czym usłyszał ponownie głos dowódcy i rozkaz: „All jump”- „Wyskakiwać”. Otworzył owiewkę włazu na ogonie i wyskoczył w ciemną noc, otwierając natychmiast spadochron. Wyskoczył, jak się okazało jedyny z siedmioosobowej załogi. Spadochron otworzył się tuż nad ziemią, przeskoczył jeszcze w nagłym podmuchu powietrza mały akacjowy lasek rosnący na stoku nad wawrowickim Trzyńcem i wylądował na polach Kociny. Szarpnęło nim dość mocno, bo podmuch wiatru ponownie wypełnił przygasającą czaszę spadochronu. Wybił klamrę uprzęży i spadochron pognał z wiatrem, a on został sam pośród nocy, bez butów i pilotki na głowie. Z oddali usłyszał wybuchy i ujrzał łunę pożaru spoza konturów zabudowań. Kierująca się w tamtą stronę doszedł do skraju wsi Kocina, spotkał tam ludzi, którym oświadczył,że jest Anglikiem- lotnikiem z samolotu, który się tam pali. „I am English airman- I said”. Był ranny i osłabiony, utracił wiele krwi, był także w szoku i, jak wcześniej pisałem, we wstrząsie termicznym.

We wsi Kocina w tym czasie, w szkole i Domu Ludowym kwaterowali Ukraińcy z oddziału SS-Galizien pod komendą Hauptmanna . Zabezpieczali oni budowę fortyfikacji na linii Nidy od strony Buska i przyczółka pod Sandomierzem, gdzie stanął w sierpniu front wschodni. Kwaterowała także artyleria Wehrmachtu, lokując stanowiska dział i bunkry obsługi w kotlince za Wierzchowiną. Wujkowie i moja mama zdecydowali, że w tej sytuacji nie można Anglika nigdzie przewieźć czy transportować, bo byłoby to bardzo niebezpieczne. Ukryją go na strychu, w skrytce na sianie, pod słomianym dachem chaty. Umościli posłanie, wynieśli zebrane poduszki i pierzynę, otulili rannego, który już się rozgrzał i poczuł bezpieczny.

Dalszą część nocy poświęcono na zacieranie śladów zabiegów i operacji, a także zamelinowanie należących do lotnika elementów munduru, kombinezonu i wyposażenia lotniczego. Chłopcy z Oddziału „Dominika-Kasia” wyruszyli na poszukiwanie spadochronu oraz pogubionych części wyposażenia skoczka, w tym okularów lotniczych, pilotki i butów. Spadochronu nie odnaleziono, choć ze wschodzącym świtem jeden z dwuosobowych patroli trafił na miejsce lądowania, rozpoznał i zatarł ślady lądowania skoczka i pozbierał zostawione tam zakrwawione i podarte papiery i dokumenty. Okazało się, że wiatr porwał spadochron i zaciągnął polami do sąsiedniej wsi, gdzie zawisł na drzewach przy stawie, w przydworskim parku. Znaleźli go kwaterujący tam Ślązacy z oddziału Volkssturmu i sprzedali pocięte elementy jedwabnej czaszy na bluzki, za kury i żywność, nie meldując o tym swoim przełożonym. Buty lotnicze, rękawice i okulary były rozrzucone na zaoranym polu, na którym Anglik wylądował. Czapkę-pilotkę wypatrzyli chłopcy zawieszoną na czubku akacji w lasku, w pobliżu pola, na którym osiadł lotnik.

Niemcy z pododdziałów artyleryjskich oraz Ukraińcy, którzy najpierw w popłochu uciekli ze swoich kwater, jeszcze tej nocy otoczyli miejsce wypadku. Do rana trwał pożar i wybuchała amunicja z rozrzuconych na polach ładunków z przewożonego zrzutu. Spaliły się dodatkowo dwa „brodła”- stogi ze zbożem wielkości stodoły. Były zlokalizowane w pobliżu miejsca upadku samolotu, a w samym miejscu upadku pozostały dwa olbrzymie leje od wybuchu silników, transportowanej amunicji i ładunku zrzutu.

Z pozostałych w samolocie sześciu członków załogi zginęli wszyscy w momencie wybuchu, rozerwani na szczątki. Były one rozniesione wśród elementów samolotu na powierzchni około 1 km2. Niemcy powołali specjalną komisję do zbadania szczątków, nie mogli się doliczyć stanu załogi i dopiero po dwóch dniach zezwolili na pochowanie lotników we wspólnym grobie,zlokalizowanym tuż koło leja głównego po samolocie, i dopuścili ludność cywilną do miejsca wypadku. Wszyscy chcieli tam pobiegnąć i zobaczyć; było to przerażające, a jednocześnie ciekawe. Bardzo chciałem tam pójść, ale miałem wyznaczone zadanie: być na drodze, obserwować ruch i meldować do domu o zagrożeniach i niebezpieczeństwie. Chłopcy od sąsiadów, którzy już tam byli, opowiadali okropne rzeczy i przynosili pogięte części i nadpalone elementy wyposażenia samolotu.

Sierżant Peter Rogers bardzo przeżył śmierć swojej załogi- ocalał jedyny. Nad przynoszonymi do niego częściami nadpalonych dokumentów, zdjęć i książeczek wojskowych lotników, które znaleziono na miejscu wypadku, odtwarzał charakterystyki swoich kolegów i dowódców, płakał nie wstydząc się łez i mówił { ale to było już później} o pozostałych, osieroconych dzieciach i rodzinach poległych.

Wujek Mieczysław „Lot”, jako dowódca oddziału, zarządził pogotowie. Dom nasz, stojący w połowie wsi ulicówki, na tzw. połaci Podkamienna rozciągniętej więcej niż 1 km wzdłuż drogi, został zamknięty, podwórze zablokowane od drogi i sąsiadów po stronie wschodniej, a od zachodu wysoki parkan utrudniał wgląd na podwórze. Rodzina miała zachowywać się normalnie, bez paniki, nie wdawać się w dyskusje i nikogo nie zapraszać. Ja albo moja siostra Jadwiga mieliśmy przebywać na zewnątrz lub naprzeciwko w ogrodzie, aby obserwować ruch wojskowych Niemców i Ukraińców na drodze. Nikt z sąsiadów nie wiedział o przebywającym u nas gościu i nikt go u nas nie widział. Do czasu wyjazdu Peter z wujem Mieczysławem spali na strychu, pod słomianym dachem, który, gruby i szczelny, nie przepuszczał światła, a nisza w ścianie zakrywała posłanie i ich tam obecność. W ciągu dnia natomiast Peter przebywał w zamkniętej i ogrzewanej { jako że to był już październik} części domu i nikt go nie widywał. W oknach były założone firanki i story dające wieczorem obowiązkowe zaciemnienie budynku. Na wypadek nagłego wejścia czy kontroli przez Niemców lub Ukraińców, a to mogło się w każdej chwili zdarzyć, w alkierzyku, pod stojącym tam kufrem , było w podłodze wycięte zejście do piwnicy, które znał Peter i wtajemniczeni członkowie rodziny. Ktoś zawsze był z nim w zamkniętej części domu i dyżurował.

Przeurocze były wieczory po godzinie ósmej, które rodzina spędzała po „naszej stronie” podczas i po wspólnej z reguły kolacji. Babcia nasza, Marianna Jańcowa, zasiadała na krześle opodal stołu i pytała: -” Masz Pan matkę?”. Mówiąc po polsku wskazywała na siebie. - „Yes, I have”- padała odpowiedź- „oni z rodziną mieszkają w Anglii, bo ja byłem na emigracji w South Africa i stamtąd poszedłem do wojska. Nie wiem, czy żyją, bo Niemcy często tam bombardują”. „Pewno się martwi o ciebie i płacze? Panu Bogu dzięki- uratowałeś się, żyjesz, jesteś tu z nami bezpieczny,” - głaskała go po poranionej głowie i rękach- wrócisz do nich po wojnie i będą się cieszyć, ale pamiętaj, napisz albo lepiej przyjedź i odwiedź nas po wojnie, bośmy cię z sercem przyjęli, ratowali i ugościli, mieszkałeś między nami”. „Oh, yes, yes”- potwierdził i kiwał głową w zadumie, bo nikt przecież nie wiedział, co może się stać, co z nim będzie, czy wróci do domu, czy przeżyje. Ryzykował przecież swoją głową i życiem, będąc tam i walcząc w przestworzach. Ryzykowaliśmy my wszyscy, dający jemu pomoc i schronienie, tzn. nasi wujowie, moja matka, nasza babcia, wujenka i my, czwórka dzieci, żyjący w tym domu. Odpowiedzialność w tym czasie była zbiorowa i stosowano ją w praktyce.

Jadzia, moja młodsza siostra, filuternie spoglądała na niego zza kręgu światła stojącej na stole lampy naftowej, a zachęcona siadała na kolanach, czytając z książeczki polskie bajki. Isia i Stasia, najmłodsze w naszej rodzinie, taszcząc swoją w krakowski strój odzianą „śpiącą” lalkę i zabawki, też chciały zobaczyć „wujka”.

Wzajemne „rozmowy”- uśmiech i odprężenie wieczorem, po dniach pełnych napięcia i stresów, a także nieustannego czuwania, czyniły te wieczorne chwile bardzo miłymi i nastrojowymi. Po zjedzonej z apetytem kolacji mama zmywała naczynia, a wujek Miecio dyrygował dalszą rozmową i ruchem. To chwile niezapomniane dla nas, którzy w nich uczestniczyliśmy, nawet po latach, a myślę, że także i dla niego.

Tak było przez około pięć tygodni, kiedy to Anglik leczył się i mieszkał z nami w środku wsi zajętej przez frontowe wojska niemieckie i Ukraińców z SS-Galizien zabezpieczających budowę fortyfikacji i okopów. Szczególnie niebezpiecznymi dla sprawy byli ci ostatni, gdyż znali nasz polski język, kręcili się nieustannie po wsi i wolno im było przebywać tam w każdym czasie i miejscu. Zabierali wujka Jana z koniem na podwody, by przewieźć robotników z dalszych od frontu regionów, wracali często pijani po libacji u sąsiadów. Wpadli do izby wujenki, domagając się dalszych sznapsów i jabłek, czaili się w sieni przy schodach na strych, gdzie sypiał nasz gość. Na nasze wyjaśnienia, że nic nie ma, wskazywali na „górkę” i pchali się twierdząc „Wy to imiejetie, wsio pochowali”. Wówczas reagowała babcia, głośno łajała ich i wypychała na zewnątrz. Słyszał to wszystko i obserwował ukryty za kominem Peter i wieczorem, po kolacji, naśladował jej słowa i gesty. Śmiechu było co niemiara.

Rany goiły się. Odwiedzająca nas codziennie sanitariuszka Ela oraz przybyły z majątku Kamienna lekarz zdecydowali o zdjęciu bandaży i opasek na głowie i rękach, pozostawiając tylko trochę lepców i lapisowany opatrunek czoła. Peter „wykluł” się z bandaży jako całkiem przystojny chłopiec. Tak to stwierdziła nasza kuzynka Marysia, która zjawiła się z Elą przy okazji kolejnego opatrunku. Było wielu ciekawych, którzy chcieli poznać naszego gościa. Odwiedzali go dowódcy i przedstawiciele miejscowych władz konspiracyjnych. Rozmowy ułatwiał i tłumaczył mieszkający w Kocinie wójt gminy Czarkowy, przebywający niegdyś w Stanach Hallerczyk, p. Michał Sobol współpracujący z AK.

Sprawa stawała się „trochę” już głośna, mimo starań o zachowanie konspiracji. Zdecydowano więc zmienić dalsze miejsce pobytu i leczenia Petera na bardziej bezpieczne. „Lot”, czyli wuj Mieczysław, odbył w tym celu wyprawy poza naszą wieś położoną w strefie zbliżonej do frontowej, ustalając szczegóły przerzutu. Miał się on odbyć w ciągu dnia, w porze przedwieczornej, na furmance konnej wypełnionej bronami i pługiem. Podwodę podstawił urzędujący sołtys, tzn. wuj Kazimierz Wilk, a przyprowadziliśmy ją na nasze podwórko razem z moim kuzynem Staszkiem W., który też skądś się dowiedział o naszym gościu. Chciał go zobaczyć i miał do mnie pretensje, że nic mu wcześniej nie powiedziałem.

Peter był przygotowywany do odjazdu już poprzedniego wieczoru. Pożegnał się z wszystkimi domownikami, dziękując za pobyt i opiekę, wręczył naszej babci Mariannie symbolicznego, własną krwią poplamionego włoskiego lira z „Military Edition” , a Jadzi aż całą piątkę królewskich lirów włoskich, które zachowała na pamiątkę. Mama moja otrzymała lewą ręką pisany adres do Anglii, dokąd zamierzał wrócić po wojnie- prawą miał jeszcze wówczas na temblaku.

W dniu wyjazdu ubrał swój przeczyszczony i odświeżony „battle-dress”, lotniczą koszulę i krawat. Spodnie miał wpuszczone w cholewy gumowych butów. Na wierzch ubrał jesionkę w jodełkę pożyczoną od Leosia, organisty, szalik i jego zielony kapelusz z szerokim rondem, który naciągnął na czoło, zalepione opatrunkiem. W podwórzu zebrała się gromadka żegnających. Trzymałem za lejce konie zaprzęgu i obserwowałem, jak babcia Jańcowa czyniła znak krzyża, mama moja Helena wyniosła za gościem zawiniątko z rzeczami i bielizną na zmianę. Wujenka z dziećmi na progu pomachała na pożegnanie, a na końcu siostra Jadzia rzuciła się Peterowi na szyję i ucałowała go.

Wrota obejścia, po znaku, że droga wolna, otwierali „Mały”   i Edek Sekuła „Pstryk”, a furtę za ogrodem „Frantz” . Czekali tam też w obstawie „Kuba” i Gieniek Sobol „Dąb”, a także Józio G. „Paulus”, doswiadczeni partzanci z „Dominiki-Kasi”. Na pierwszym siedzeniu zasiadł „Lot” i nasz gość Peter, naciągając na oczy rondo kapelusza, tyłem do nich Marysia Wilk, nasza kuzynka, w chustce na głowie, pełna ruchu i śmiechu. Podałem wujkowi lejce i bat. Usłyszałem polecenie: „Siadaj w półkoszku i trzymaj pług oraz brony”. Ruszyliśmy z fasonem z kopyta. Pojechaliśmy polami do Wierzchowiny i dalej na skróty do Gościńca, by trafić na polną dróżkę do Rzemienowic, gdzie mieszkał „Oracz” , dowódca patrolu „Dominiki”, od którego nazajutrz, razem z „Lotem”, mieli odtransportować gościa do majątku nad Wisłą- nowej meliny.

Za Wierzchowiną spotkaliśmy wracającą z pracy przy okopach grupę młodzieży z Gościńca, która na nasz widok stanęła w miejscu jak wryta. Dziewczęta domyślały się, kto jedzie wśród nas, bo była z nimi „Ziuta”, dziewczyna „Lota”.- „Co tak patrzycie jak wół na malowane wrota”- popędzili ich nadbiegający z osłony Kuba i Gienek.- „Róbcie plac, niech jadą z Bogiem”- „zająknął się” jak zwykle Kuba, gdy się śpieszył. Był znany z tego, że mówił: - „P...panie Mietku, ja idę, mnie nikt nie pozna”, a charakterystyczną czapkę narciarską i loka nad czołem poznawali wszyscy w tym czasie.

Przejechaliśmy wąską polną drogą za Gościńcem, obok parku artyleryjskiego i drugiej działobitni. Nie zatrzymywani przez nikogo dotarliśmy do Rzemienowic, do domu Tadka pod lasem. Krótkie pożegnanie, nawrót koni i jazda do domu pełną furmanką, gdyż zmęczona obstawa zabrała się z nami.

Nazajutrz powrócił wuj Mieczysław i stwierdził, że Peter umieszczony został w bezpiecznym miejscu, że przyda mu się odzież, a szczególnie bielizna i ciepłe lotnicze buty. Zamieszkał, jak się okazało, w oficynie majątku Rachwałowice, a raczej w ukrytej pod nią piwniczce, gdzie na parterze mieszkał i urzędował zarządca majątku i znajdowała się również kuchnia dworska. To miejsce ukrycia stało się mniej bezpieczne od czasu, gdy w połowie listopada do dworu w majątku ściągnął i zakwaterował się tam sztab lotniska polowego Luftwaffe, położonego w pasie przyfrontowym na łęgach nad Wisłą i urzędującego jako filia podkrakowskiego lotniska Pobiednik. Opiekę i warunki pobytu w nowym miejscu miał Peter podobno znośne. Nabawił się jednak zapalenia stawów. Zaraz po przejściu frontu, co nastąpiło 12 stycznia 1945 r. W ramach tzw. Ofensywy styczniowej, został zabrany do szpitala wojskowego w Krakowie.

Dworek Gawrońskich w Rachwalowicach w 1935 roku

Gdy powrócił do Rachwałowic nad Wisłą po odbytej kuracji, właścicieli majątku już nie było na miejscu. Zostali w związku z reformą rolną rozparcelowani i wyjechali z majątku.

 

Ponieważ ze względów konspiracyjnych nasz gość nie mógł znać, a tym bardziej mieć zapisanego adresu do Kociny, nie mieliśmy kontaktów z ratowanym przez nas lotnikiem i nie znamy dokładnie jego powojennych losów. Jedynie wuj Mieczysław Janiec „Lot”, gdy mieszkaliśmy już w Krakowie, został w 1946 r. Wezwany do konsulatu brytyjskiego w Katowicach i otrzymał w języku angielskim podziękowanie adresowane imiennie do niego oraz jego oddziału.

Od spotkanej po latach pielęgniarki, p. Eli, dowiedział się, że po odbyciu przyśpieszonej kuracji w szpitalu wojennym, za jaki wówczas uchodził Szpital im. Gabriela Narutowicza na Prądniku w Krakowie, Peter powrócił do swojej rodziny na przedmieściu Manchesteru w Anglii.

 

Jak wspomniałem powyżej, nieznane są nam dalsze szczegóły losów i życia naszego gościa, lotnika Petera Rogersa. Może ktoś czytając zamieszczoną w „Okruchach Wspomnień” relację z tego oto wydarzenia, będzie mógł coś dalszego dopowiedzieć w tej sprawi i będzie mógł  przesłać nam taką wiadomość za pośrednictwem Redakcji.

 

HISTORIA LOTNICZEGO SKAFANDRA WEDŁUG RELACJI P. JACKA JAŃCA

Skafander lotniczy Petera Rogersa został przechowany, pomimo że było to niebezpieczne zarówno w czasie okupacji, jak i w latach powojennych, zwłaszcza w okresie stalinowskim. Bezpośrednio po katastrofie samolotu Niemcy wzmogli czujność i szukali wszelkich śladów. Mój ojciec Mieczysław Janiec „Lot” ukrył skafander w zakamarkach domu. Ten nietypowy strój w warunkach wiejskich trudno było tak ukryć, by nie wpadł w oczy nie tylko Niemcom, własowcom, ale także ciekawskim sąsiadom, a zwłaszcza wszędobylskim dzieciom. Po wojnie i przeniesieniu się do Krakowa ukrywał go w swoim mieszkaniu.

Po wojnie ojciec początkowo miał kłopoty, bo zarzucano mu przynależność do Armii Krajowej, co wtedy było wielką zbrodnią.  Był aresztowany i przesłuchiwany przez NKWD w miejscowości Bejsce, później przez Urząd Bezpieczeństwa w Krakowie. Sytuacja zmieniła się po otrzymaniu przez niego podziękowania z ambasady Wielkiej Brytanii.

Natomiast ja przekazałem skafander do Muzeum AK w imieniu swojej matki Józefy Janiec, żony „Lota”. Posiadam potwierdzenie z Muzeum, stwierdzające wypożyczenie go jako eksponatu.

Wraz ze skafandrem zostały przekazane odłamki pocisku, wyjęte z ran ocalałego lotnika oraz zachowane szczątki samolotu. Skafander posiada po prawej stronie piersi, na wysokości ramienia, w miejscu trafienia, otwór w materiale o szerokości kilku centymetrów.

Załączone zdjęcie przedstawia gablotę z tymi eksponatami.

W folderze Muzeum Armii Krajowej w Krakowie wydanym przez Urząd Miasta Krakowa- Fundacja Muzeum Armii Krajowej w 1999 r., na s. 17 czytamy: „O ryzyku, na jakie narażone były załogi bombowców, świadczą prezentowane na wystawie: kombinezon brytyjskiego lotnika RAF-u zestrzelonego w rejonie Krakowa przez niemiecką obronę przeciwlotniczą. O tamtym dramacie przypominają: certyfikaty wystawione Mieczysławowi Jańcowi, który uratował lotnika, odłamki wyjęte z ran ocalonego pilota oraz zachowane szczątki samolotu”.